10 najlepszych past polskiego internetu - miłośnik leczo, fanatyk wędkarstwa, Grzegorz Schetyna, Rychu Peja i inni... - NoweMedium.pl

10 najlepszych past polskiego internetu – miłośnik leczo, fanatyk wędkarstwa, Grzegorz Schetyna, Rychu Peja i inni…

Najprawdopodobniej nie istnieje internauta, który nie spotkałby się z żadną z prezentowanych historii - jeśli tak to musisz koniecznie nadrobić. Zobacz 10 najlepszych past polskiego internetu.
10 najlepszych past polskiego internetu – miłośnik leczo, fanatyk wędkarstwa, Grzegorz Schetyna, Rychu Peja i inni…/pexels.com

Copypasta, pasta to forma tekstowego mema, która może pojawiać się w nieoczekiwanych miejscach, najczęściej w sekcji komentarzy na forach, portalach i w mediach społecznościowych. Pasty są tworzone przede wszystkim w celach humorystycznych oraz “trollowania” czytelnika.

#1 Pasta o Grzegorzu Schetynie

Na siłce na którą chodzę mam gościa, co wygląda jak dopierdolony Schetyna.

Podchodzę do niego któregoś razu i mówię mu: gościu, wyglądasz jak Schetyna, tylko dopierdolony. A ten w płacz. Myślę sobie, kurwa, może on za PiS, a ja mu serce właśnie złamałem. Znieważyłem go okrutnie i jak tylko skończy szlochać to mnie zdmuchnie z planszy, bo jest napakowany, jak plecak polskiego ucznia. Ale ten mówi do mnie tak: kurwa, bo ja jestem Schetyna. Aż hantla upuściłem, ale za chwilę śmieje się haha, jak to typie, co ty pierdolisz, widziałem Schetynę przecież na żywo w TV, to leszcz jest. A ten znowu w płacz. Typie, bo się odwodnisz, mówię mu na wpół współczujący na wpół zdegustowany, bo też byście byli zdegustowani, jakbyście zobaczyli płaczącego Schetynę.

W końcu odłożył 50kg kettla, którym ocierał łzy, i mówi do mnie tak: Ja jestem, typie, Schetyna. Oszukali mnie. Tusk zdrajca mnie oszukał. Doppelgangera za mnie podstawił do występów w Sejmie, w telewizji, do ośmieszania mnie w oczach zwolenników i przeciwników. Zdyskredytowania mnie przed narodem polskim.

Jestem dogłębnie poruszony. Ale po jaki chuj – pytam Schetynę, albowiem jestem ciekaw. A skąd ja mam kurwa wiedzieć – krzywi się Schetynator – myślałem że kolegami jesteśmy. Ale kto zrozumie rudego.

Pokiwałem głową. Rudego nikt nie zrozumie. Co pan zamierza teraz zrobić – zapytałem szczerze zatroskany.
– Wypierdole 200 kg na klatę
– Ale potem! Co pan zrobi potem!
– A potem pójdę się rozciągać. Pamiętaj młody człowieku, to ważne, żeby się rozciągać.

Nie wiedziałem co powiedzieć. Zamyśliłem się nad meandrami polskiej polityki. Z odrętwienia wyrwał mnie Schetyna.
– Staniesz za mną? – zapytał nieśmiało.
Teraz już tak – pomyślałem.

#2 Pasta o Navalu

2003 r. podczas pierwszego treningu w Gromie, Paweł nieśmiało zapytał gdzie tu jest kibel. Zaśmiałem się, bo byliśmy w śmigłowcu i mówię “Paweł, nawal w gacie, przecież nie skołuje ci teraz tu kibla, czuj się jakbyś był na wojnie”. Zaczęliśmy się śmiać – ja, reszta zespołu, pilot, technik pokładowy.

Atmosfera się rozluźniła. Jednak w pewnym momencie wyczuliśmy nieprzyjemny zapach. “Lądujemy awaryjnie!” krzyknął technik, a pilot posłusznie zaczął lądować w szczerym polu. Zaczęli oglądać dookoła śmigłowiec w poszukiwaniu, co mogło się przypalić.

Kątem oka dostrzegłem, że Paweł ma ujebane spodnie. “Chyba jakiś smar się zaczął kopcić, Paweł musiał na tym usiąść” – krzyknąłem.

Poszliśmy sprawdzić w śmigłowcu miejsce na którym siedział. Cofnęło nam się, bo dostrzegliśmy solidną srakę. Spytałem go o co tu kurwa chodzi? “No cisnęło mnie w chuj, a sam mówiłeś, żebym poczuł się jak na wojnie i żebym nawalił w gacie”.

Nie sądziłem, że potraktuje to poważnie. Od tamtej pory ksywa “Nawal” przylgnęła do niego na stałe, ale zaczął ją pisać przez V, bo amerykanie w Afganie czytali “Nałal”.

Zobacz: Naval nie zrozumiał czym jest internetowa pasta. Zagroził pozwem o zniesławienie

#3 Pasta o Harrym Potterze

– Jesteś czarodziejem, Harry – rzekł Hagrid. Twoje miejsce jest w Hogwarcie.
– A czym jest Hogwart? – zapytał Harry
– To szkoła czarodziejów.
– Ale to nie szkoła publiczna?
– Nie. W pełni prywatna.
– Doskonale. Zgadzam się. Dzieci nie są własnością państwa. Każdy, kto pragnie oferować usługi edukacyjne, ma prawo uczynić to na uczciwych zasadach rynkowych. Nie zwlekajmy zatem.
****
– Malfoy kupił całej drużynie najnowsze Nimbusy! – powiedział Ron – To nieuczciwe!
– Wszystko, co możliwe, jest uczciwe. – pouczył go Harry – Jeśli może kupić swojej drużynie lepszy sprzęt, to ma prawo tak postąpić, jak każda indywidualna osoba. Czy istnieje różnica między jego wyższą zdolnością nabywczą a moja przewagą w umiejętności chwytania znicza?
– Chyba nie… – odpowiedział niepewnie Ron
Harry zaśmiał się, wkładając w ów śmiech rozwagę i głębię, jak gdyby uśmiechał się do odległych szczytów.
– Przyjdzie czas, gdy to zrozumiesz, Ronie.
****
Profesor Snape stanął przed salą i przyjrzał się uczniom z błyskiem wyższości w oczach.
– Na tych zajęciach nie będzie głupiego machania różdżką ani niepoważnych zaklęć. Nie oczekuję zatem, by większość z Was doceniła subtelną naturę nauki i skrupulatność sztuki, którą jest tworzenie eliksirów. Ale tych niewielu, u których dojrzę talent… Mogę pokazać wam, jak oczarować umysł i zniewolić zmysły. Mogę zdradzić Wam wiele sekretów – jak skroplić sławę, odsączyć chwałę, lub nawet – stanąć na drodze śmierci.
Ręka Harry’ego wystrzeliła w górę.
– O co znów chodzi? – Zapytał, zirytowany, Snape
– Jaka jest wartość owych eliksirów na otwartym, wolnym rynku?
– Co?!
– Uczy Pan, jak tworzyć cenne produkty na własny użytek, będąc opłacanym z pensji nauczyciela – zamiast próbować, dzięki swym umiejętnościom, zaspokoić istniejący popyt?
– Ty bezczelny chłopcze…
– Z drugiej strony, cóż może powstrzymać mnie od wejścia z eliksirami na rynek, gdy tylko poznam sekrety ich warzenia?
– Ja…
– To zresztą problem do rozważenia na gruncie ekonomii, nie technologii wyrobu eliksirów. Kiedy zaplanowane są lekcje ekonomii?
– W tej szkole NIE ma lekcji ekonomii, chłopcze.
Harry Potter wstał z miejsca powoli i dostojnie. – Na dziś skończyliśmy. Jeśli ktoś z was pragnie poznać praktyczną wiedzę o potędze rynku – chodźcie za mną.
Fala uczniów wylała się na korytarz w ślad za nim. Nareszcie odnaleźli kogoś, kto potrafił im przewodzić.
****
Harry, wraz z Ronem, stanęli naprzeciw Zwierciadła Ain Eingarp. – Boże! – szepnął Ron. – Harry, to twoi rodzice, a oni przecież… nie żyją.
Harry zamrugał i jeszcze raz spojrzał w lustro. – Tak właśnie jest. Ale dziś ta informacja nie jest już istotna czy produktywna. Opuśćmy to miejsce jak najszybciej. Powinniśmy raczej pomóc Hagridowi w jego szczytnej misji. Powinien wyhodować tyle smoków, ile pragnie, pomimo jawnie niesprawiedliwych regulacji dławiących wolny handel tymi stworzeniami.
– Ale to twoi rodzice! – odpowiedział Ron. Ron nadal niewiele pojmował.
– Filarem każdej więzi pomiędzy ludźmi jest cnota przedsiębiorcy, Ronie. – westchnął Harry.
– Nie rozumiem… – odpowiedział Ron
– Oczywiście, że nie – rzekł czule Harry – cnota oznacza, że powinniśmy współdziałać na płaszczyźnie wartości, które możemy dobrowolnie między sobą wymieniać. Wartości każdego rodzaju, poczynając od wspólnych zainteresowań sztuką, sportem czy muzyką, poprzez podobne poglądy filozoficzne i polityczne, a kończąc na celu naszego życia. Ludzie, którzy nie żyją, nie mają tych wartości.
– Ale przecież oni dali ci twoje ży…
– To ja stworzyłem samego siebie, Ronie. – Przerwał mu Harry z pewnością w głosie.
****
– Oddaj mi swą różdżkę – zasyczał Voldemort.
– Tego nie mogę uczynić. Ta różdżka to symbol mojej własności, która jest w istocie materialnym dowodem moich osiągnięć. Własność to produkt ludzkiej zdolności myślenia – odpowiedział Harry z odwagą w głosie.
Voldemort jęknął.
– Istnieje coś, co zasługuje na większą pogardę niż konformista. Jest to nonkonformista, który podąża za trendem.
Voldemort topniał w oczach. Harry odpalił papierosa, bowiem panował nad ogniem.
– Najmniejszą z mniejszości na tym świecie jest jednostka. Ci, którzy odmawiają jednostce praw, nie mogą nazywać się obrońcami mniejszości. Narzucona płaca minimalna jest niczym innym jak podatkiem od sukcesu. To rynek stworzy uczciwą płacę minimalną bez pomocy rządu, ingerującego by narzucić swe bezwzględne ograniczenia.
Voldemort zawył.
– Kopie tej różdżki będę sprzedawał na wolnym rynku, osiągając wielki zysk. I ty również możesz kupić jedną z nich, jeśli zechcesz. Jak każdy.
Voldemort został pokonany.
– Nienawidził nas, bo byliśmy wolni – rzekł Ron.
– Nie, Ronie. Nienawidził nas za to, że działaliśmy wolni.
Hermiona płonęła pożądaniem do obu, jednak żaden z nich nie odpowiadał. Patrzyli gdzieś daleko przed siebie, a przed każdym z nich czekało imperium, które mieli zbudować.

#4 Pasta o Adamie Małyszu

Jesienią byłem na weselu jakiejś dalekiej rodziny. Siadamy do stołu a tu nagle trzy miejsca ode mnie siedzi chluba Polskiego Związku Narciarskiego i kierowca rajdowy Adam Małysz. Na początku jak było pierwsze danie to wszyscy dookoła byli bardzo nieśmiali bo tak ich olśniła osoba Adama, tylko jego żona Izabela mu cały czas podsuwała łyżkę z rosołem pod usta i namawiała żeby zjadł trochę ale Małysz mówił, że głodny nie jest, że nie chce. No to Iza Małyszowa wyjęła ukradkiem z torebki bułkę z bananem i dała naszemu Adasiowi, to spałaszował od razu, ze smakiem. Jak już wszyscy wypili po kilka kieliszków to ludzie nabrali trochę kurażu i zaczęli zagadywać, co Adam robi z nami na weselu i okazało się, że jest bratem ciotecznym ojca panny młodej. Wszyscy zaczęli Małyszowi mówić jak to go szanują i jakich nam wzruszeń dostarczył swoimi skokami a Małysz dziękował i z nami pił. Ze mną też.

Przed samymi oczepinami wyszedłem zapalić i akurat Adaś też stał na szlugu to zaczęliśmy sobie rozmawiać i mu pijany wyznałem, że jak byłem mały to moim największym marzeniem było skakać tak jak on, i jak gdzieś w gazecie było jego zdjęcie to wycinałem i sobie wklejałem do specjalnego zeszytu. Adam mi na to mówi, że płynie w nas ta sama krew więc gdybym tylko chciał to mógłbym skakać tak jak on. Ja na to mówię, że nie wierzę w to bo nie jestem taki lekki jak piórko jak on. Małysz mi powiedział, że mi pokaże, że też mogę latać.

Ustawił mnie na szczycie schodów przed salą weselną, pokazał właściwą pozycję do startu i jak się wybić i pouczył żeby w locie się wygiąć tak aerodynamicznie a potem to lądowanie to jak już uważam- albo na dwie nogi albo telemarkiem. Nie powiem, bałem się trochę ale Adam powiedział, że muszę tylko uwierzyć w siebie a wtedy wszystko będzie możliwe. No to wybiłem się z całej siły i poszybowałem w powietrzu, ale doleciałem tylko do połowy schodów i pierdolnąłem tak, że straciłem przytomność.

Jak się obudziłem to Małysza już nie było tylko lekarze mnie zbierali z ziemi i wsadzali do karetki a moja matka płakała. Skończyło się na wybitej rzepce, złamaniu nadgarstka, rozcięciu głowy i wstrząśnieniu mózgu, przez co musiałem 3 dni spędzić w szpitalu.

#5 Pasta o leczo

Bądź mną, Anon lvl 28. Odkąd pamiętam mój stary był fanatykiem leczo. Odkąd kurwa pamiętam tylko to gotował. Zaczęło się niewinnie, jakoś za komuny jak pojechali z matką i starszym bratem na Węgry. Tak mu kurwa posmakowało, że zajebał cały garnek miejscowemu Makłowiczowi i wpierdolił razem z matką i bratem do malucha, po czym zaczął spierdalać. Do dziś matka opowiada jak w bananem na ryju wpierdalał chochla za chochlą aż sraki dostał.

Kurwa, komuna jak chuj, stacji nie ma i co kawałek zatrzymywał się w krzakach i srał na pomarańczowo. Ale wpierdalał bez opamiętania aż się skończyło. Wyjebał ten garnek i mówi: „Grażyna, jutro robimy leczo na obiad!” Stara panika w oczach, brat zaczął płakać. Po powrocie do domu polazł na rynek w poszukiwaniu papryki. Chuj nakupował ze 30 kilo, przytargał kocioł do weków i wstawił na gazówkę. Jaki był wkurwiony, bo akurat remont instalacji w bloku mieliśmy! Pobiegł do monterów i zaczął ich napierdalać chochlą, aż go milicja na 24 zamknęła. Teraz kurwa wszem i wobec opowiada jak on to za komuny nie siedział za wolność kraju. Chuja prawda. Siedział za leczo. Jebany teraz potrafi stać nad garem cztery godziny i wysyłać mnie dwa razy dziennie po paprykę do sklepu, bo sam za zakaz wstępu. Ekspedientka na mój widok wypierdala z magazynu bez słowa worek z papryką. Tachaj to kurwa na trzecie piętro bez windy. Raz chciałem się wykąpać to kurwa „Nie teraz kurwa, bo się papryka moczy!”. Noszkurwa, żeby we własnym domu nie można się było umyć!

Jebany potrafi stać nad garem i do siebie gadać „Ale bym sobie leczo zjadł!”. Potrafi zajebać cały zamrażalnik tym gównem. Za dzieciaka na wielkanoc kazał nam iść szukać prezentów od zajączka pod blokiem i kurwa co znalazłem pod krzakiem? Słoik leczo kurwa! Super kurwa prezent. Pomijam fakt, że słoik był ciepły, a stary mi go zajebał i wpierdolił na śniadanie. Z resztą on nic innego nie wpierdala.

Kiedyś chciałem sobie lody zeżreć. Stary oczywiście maczał w tym palce i zrobił lody z leczo! Kurwa, wyobraźcie sobie leczo na patyku! Raz przejebał z solą i pieprzem, bo mu opakowanie do gara wpadło. I tak to kurwa zeżarł. 15 litrów w dwa dni, czaicie?! Żarł i srał leczo. Brat mu powiedział, żeby sobie rurę z dupy do mordy zamontował, bo się wkurwił na niego. Ojciec okładał go workiem z papryką, a potem lamentował że 20 kilo do wyjebania przez niego! Wigilia, święta, stypy tylko kurwa leczo na obiad! Goście już do nas nie przychodzą, bo kto to kurwa będzie wódkę leczo zagryzał.

Raz w Krakowie na wycieczce ze starymi chciałem iść do makdonalda, to on „gdzie te kurwa chemje będziesz żarł, tatuś nagotował dobre jedzonko” i zdejmuje termos wojskowy z pleców na środku Rynku. Matka w torbie na szczęście dwa bochenki chleba miała przygotowane na tę okazję. Siara przed kolegami, bo jak mnie w podbazie na wycieczkę do Biskupina wysyłali, to stary przytargał przyczepkę z beczka od kapusty kiszonej pełnej oczywiście kurwa leczo! „Zjedz sobie, bo cały dzień będziecie chodzili!” Potrafi całego świniaka wjebać zamiast kiełbasy do tego chujstwa. Bo niby taniej. A właśnie, kupił sobie kocioł elektryczny na 500 litrów i wstawił do suszarni w bloku. Administracja już olewa sąsiadów, że ma go stamtąd wyjebać. Poddali się po 70 wezwaniu. Teraz zamawia paprykę z gospodarstwa. Hurtowo. Matka płacze, że przez to jego leczo nie ma na nic innego kasy. Więc wymyślił, że zrobi bar w którym będzie leczo tylko. Na gęsto, na rzadko, na srako i owako! 

Ojciec jak tylko mógł kombinował kasę na nowy interes. Po wizycie w kilku bankach, w których z resztą stwierdzili, że jest niedojebany mózgowo siedział przez tydzień wkurwiony i kminił. Tak kurwa kminił, że w sobotę o 4 nad ranem wyjebał z zaanektowanej suszarni krzycząc coś o Węgrach. A właśnie, w suszarni odcięli mu prąd po pół roku, więc tylko teraz przesiadywał tam i przytulał kocioł. Znowu gotował w domu nakurwiając rachunek za gaz. Strasznie bóldupił jak te z administracji nic nie rozumiejo i tylko żerujo na czynszach. W sumie kurwy mogły mu ten prąd zostawić, bo znowu cała chałupa jebie. Wrócił do domu z furią w oczach, że kurwy nie chciały mu biletu sprzedać na polskiego busa z bagażem w postaci kotła 500 litrów! W końcu u wujka, który w budowlance robi wyżebrał busa, którym to na Węgry pojedzie. Napierdalał o swojej wizji interesu cały kurwa dzień napierdalając nożem papryki w łazience naprzemian stojąc w kuchni przy garze. Machał w nim jak kurwa na speedzie! Aż mu się oczy świeciły. Następnego dnia podjechał wujas, a ten mu kurwa kazał wpierdolić ten kocioł na pakę. Strasznie się pożarli, bo chciał jeszcze od niego na paliwo wyżebrać. Cebula mocno. Zaczęli się napierdalać w tej suszarni, aż matka musiała ich rozdzielić. Stary z limem pod okiem zwiesił pizde i lamentował. Wujas zabrał busa i tyle go widzieliśmy. Skłócony jest strasznie z ojcem. W sumie mu się nie dziwie. Stary wjebał na uspokojenie cały gar, oczywiście nie przemieszanego leczo, które od spodu się zdążyło przypalić. Darł przy tym pizdę na nas, że nie pilnowaliśmy. Jebie mnie to. Tym razem uderzył do jakiegoś kolegi z pracy, ale ten tylko miał osobówkę. Kurwił ojciec, ale chuj, załadował gar 15 litrów do bagażnika i pojechali. Było pięć dni spokoju w domu. Wrócił zajeżdżając pod dom jakąś ciężarówką z jakimś sprzętem i krzyczał „Grażyna, zwalniam się z roboty! Znalazłem kurwa inwestora na Węgrzech!”. Kurwa, tego już było za wiele. Z ciężarówki wysiadł jakiś koleś w wieku ojca i zaczął napierdalać jakieś byszy ryszy kysze leczo eżgdar. Za chuja nie wiedziałem o co mu chodzi. Stary też nie, ale cieszył się jak dziecko. Podobno na wyjeździe molestował jakiegos tłumacza, który mając go dość zgodził się na tłumaczenie rozmowy o interesie.

Po tygodniu ponownego gotowania i wpierdalania leczo kupili przy wylotówce z miasta jakąś ruderę do remontu. Stary podniecony na maksa spuszczał się nad wizją zarobienia kokosów na leczo. Chuj, niech mu się wiedzie. Ja miałem tego dość i podjąłem decyzję o wyprowadzce. Matka wkurwiona na mnie, stary jeszcze bardziej, bo kto mu kurwa będzie pomagał. Kazałem mu spierdalać i zatrudnić kogoś. Po remoncie ruszyli. Na początku napierdalał od rana do nocy przy tym swoim kotle 500 litrów i sprzedawał, ale nie wyrabiał. Jaki wkurwiony był, że musiał zatrudnić osobę do pomocy. Biedny człowiek, nie wiedział na co się pisze. Co rusz kurwa zjebe od starego dostawał, że źle gotujo to leczo, że on inaczej, że chuj go jasny strzeli. W międzyczasie zdążyłem się wyprowadzić 50km od domu. Ale to niestety nie koniec przygody.

Minęło kilka tygodni odkąd mnie nie ma w domu. Dzwonię co dzień do matki, ta w sumie już nie taka wkurwiona, bo starego w domu całe dnie nie ma, interes nawet idzie. Coś mi gada, ze stary ochujał, bo te ludzie leczo żro jak pojebane i będzie jakąś fabrykę stawiać z tym Węgrem. Chuj, dobrze, że w tym się stary odnalazł. Może to i lepiej. Nie, nie było lepiej. Staremu odkurwiło do tego stopnia, że postanowił pierdolnąc sobie gar największy kurwa na świecie. Przekurwawyjebisty. Nie mam pojęcia jak to będzie wyglądać. Ten co na początku robił nawet dostał jakąś wyżej posadę.

Stary mimo, że jest prezes to sam zapierdala przy tych kotłach, bo co chwilę chujoza go łapie jak widzi jak uni jego leczo beszczeszczo. Matka dzwoni i mówi, że stary o jakieś fundusze się stara, dofinansowanie. Jak się okazało chuja w zęby dostał. Ponoć sam marszałek starego chce pozwać, bo taką manianę odpierdolił przy wniosku. Jebany chciał dotacje na innowacyjność, to go wyśmieli, że leczo to nie innowacyjność i ma spierdalać. Tak w skrócie. Kurwica go ponoć nieziemska wzięła, że pinionc obok nosa przeszedł. Ale, nie ma tego złego, bo stary dostał kontrakt na leczo do Stonki. Teraz oprócz tego przekurwistego gara będzie miał całą linię chłodniczą. Węgier jak to usłyszał to konia walił przez tydzień na zmianę z sekretarką. Znaczy ona mu waliła, nie on jej. Stwierdziłem, chuj pojadę zobaczyć co tam się dzieje u ojca. Jadę se kurwa pekaesem, a tu z 10 kilometrów widać wykurwistą jakąś fabrykę. Myślę sobie „o ty chuju stary, żeś odpierdolił ładnie”. Wyobraźcie sobie kurwa jakiś ciśnieniowy gar wielkości pałacu kultury. I na tym jebitny kurwa neon LECZO! O skurwysyn. Stary zamawia paprykę, pomidory już na wagony. Zatrudnia jakieś 500 ludzi, ale oni „nic nie wiedzu o leczo, sam musze pilnować” jak to mówi. Zajeżdżam pod tą starego fabrykę, on do mnie wychodzi i mówi „pacz kurwa synek, trzeba było tu zostać i mnie pomagać, byś dyrektoram został”. Wchodzimy do odjebanego gabinetu, a tu kurwa oczom nie wierzę. Basen z leczo! Kurwa, olimpijski basen pełen leczo! Stary rozbiera się do gołego pindola i wpierdala się do tego basenu z leczo. Kurwa, co tu się odjebuje?! Wychodzę, nie zdzierżę. Potykam się o jakiegoś przestraszonego technika, który się drze „panie prezes, zawór ciśnieniowy się zaciął zaraz to wszystko wykurwi w powietrze!”. Odwracam się i widzę starego z fiutem na wierzchu jak w przerażeniu patrzy na pojawiające się pęknięcie w przekurwistym garze z leczo. „KUUUUUUUUURWAAAAA!”. Nie dokończył, gdy całe leczo zaczęło spierdalać jakby łysy z brejzers trysnął przez tę szczelinę zalewając miasto. Nawet na tefałenie o tym mówili. Miasto zalane przez leczo! Stary taką traumę wyłapał, że mi czasem go było żal. Odgrzewał tylko to leczo co było w zamrażarce i wpierdalał, do nikogo się nie odzywał. Wpierdalał i milczał. Milczał i wpierdalał. A nie, jeszcze sraki dostał, ale nawet na kiblu srając przepuszczał przez siebie leczo. Tylko przez sen kurwował na jakiegoś Zenka co mu sabotaż fabryki z zazdrości zrobił. Aż nadszedł ten dzień. O ja głupi, miałem nadzieję, że nie nadejdzie.

Stary obudził się z okrzykiem „WIEM!”. „WIEM KURWA, WIEM!”. W tym momencie optymizm prysnął jak dobrze wyrośnięty pryszcz. Po chuj znów się do domu przeprowadzałem? Stary ubrał się i o dziwo nie zeżarł leczo na śniadanie, tylko wyjebał z domu jeszcze szybciej niż wtedy jak na Węgry jechał. Myślę sobie, po kiego grzyba, co on znowu kurwa wymyślił? Toć kasę za odszkodowanie ma, to niech siedzi na piździe w domu i się nie rusza. No ale nie mój stary. Wrócił po południu. Czerwony jak sam skurwysyn na ryju i dyszący jakby ataku astmy dostał. Spodziewałem się kolejnych worków z papryką, ale tym razem się na nieszczęście myliłem. Przytargał jakąś torbę ważącą z 50 kilo, jakieś siaty z ubraniami. Nie zgadniecie co ten stary pojeb wymyślił. Za chuja nie zgadniecie. Też bym nie zgadł. Aż mnie na moje nieszczęście oświecił. „Anon, pamiętasz to sąsiadke, co ona tam po tych szamanach jeździła? Spod trójki, nie?”. O chuj mu chodzi pomyślałem. „No pamiętam tate, a co z nią?”. Jak ja żałuję, że kurwa zapytałem… „Bo oni tam LECZO raka! I jo wyleczyli!”. Kurwa, no nie. W tym momencie rzuca otwartą torbę i siatę na szklany stół, z której wysypują się instrumenta lekarskie. Torba ciężka jak sam skurwysyn, blat pęka, matka drze mordę na ojca, on na nią, że nic się nie stało i kupi nowy, jakiś pies w korytarzu (od kiedy mamy psa?!) chce iść się wysrać, bo go stary leczo karmi i wali taką srakę jak ociec po tym żarciu. Cyrk kurwa na gąsienicach.

Tak, zgadliście. Stary chce leczyć raka przy pomocy LECZO! Ręce opadli. Twice. Dzwoni do wujasa, tego od budowlanki, ale jak się tylko połączył, to usłyszałem ze słuchawki stek urywanych przekleństw najwyższych lotów pod adresem starego. „Chuj mu w dupę”. Stary nie był dłużny. Poleciał na pocztę dać ogłoszenie do gazety. Później w kilka dni ogarnął nową miejscówkę z równiej jebitnym neonem (tak, to ten co z fabryki został) – Tutaj LECZO raka. Nawet nagrał komórką reklamę, co ją wysłał do naszej kablówki : kobita idzie ulicą i pyta przechodnia „Gdzie tu LECZO raka?”, w tym momencie wyskakuje mój stary w kitlu i drze japę „TU LECZO!” i adres. Żenua lvl 9999 albo i lepiej. Siara się na mieście pokazać. Pacjenty walą drzwiami i oknami. Jak się łatwo domyśleć wcale kurwa nie leczo.

Po pół roku do starego przyjebała się izba lekarska, że nie ma prawa wykonywania zawodu. I chuj bombki strzelił. Staremu dowalili wyrok w zawiasach, na szczęście odszkodowania z kasy po fabryce popłacił. Teraz kurwi i chuji w domu, że nie pozwalajo na nic w tym kraju. Miałeś stary capie zajebisty pomysł. Taki był wkurwiony, że znów żarł i srał leczem. Aż pewnego dnia przyniósł z kiosku po egzemplarzu Wędkarza Polskiego, Świata Wędkarza i Super Karpia. No i się zaczęło…

#6 Recenzja filmu “Podrywaczki”

Omawiany dzisiaj film nie jest zwyczajną produkcją przeznaczoną dla dorosłych widzów. Siedemdziesiąty siódmy odcinek „Podrywaczek” już dosyć dawno temu zdobył ogromną popularność wśród internautów. Popularność ta nie była jednak chwilowa – trwała długo, a teraz film uznawany jest za kultowy, z kolei charakterystyczne zwroty takie jak „Jakie kurwa dzień dobry” zakorzeniły się na dobre w języku polskim. Czy „Numerek z chłopakiem siostrzenicy” rzeczywiście zasługuje na tak dużą popularność? Postaramy się to sprawdzić.

Film zaczyna się od wejścia kobiety w średnim wieku (w tej roli Katarzyna Bella Donna) do mieszkania. Po kilku sekundach od otwarcia drzwi, kobieta zauważa swoją kuzynkę podczas miłosnych uniesień z nieznajomym mężczyzną. Jej reakcja jest natychmiastowa – podnosi głos na kochanków i wyraża dezaprobatę dla zachowania córki swojej siostry. Przepełniona wulgaryzmami scena w doskonały sposób ukazuje charakter dojrzałej damy i jej osobisty dramat. Tworząc tą postać, scenarzyści ze studia XES bez wątpienia inspirowali się “Migrującą matką” – najsłynniejszym obrazem z okresu Wielkiego Kryzysu. Obie te osoby to ciężko pracujące kobiety wywodzące się z warstwy robotniczej, które wyzbyły się swoich potrzeb, aby probowazapewnićic jak najlepszy byt swojej rodzinie. Czym zamartwia się w pierwszej scenie postać graną przez paniKatarzynęnę Pytanie “Chcesz do matki wrócić z bachorem?” wyraża jej obawę przed zajściem nastolatki w ciążę, która przerwałaby idylliczną młodość dziewczyny i zmusiłaby ją do życia pełnego bólu i wyrzeczeń.

W dalszej części utworu, spotykamy się z nawiązaniem do kultury antycznej, do której zalicza się kult falliczny. Autorzy “Podrywaczek” wyśmiewają symbol członka, który w starożytności gościł nawet w świątyniach, a teraz ukrywany jest nawet przez swojego właściciela. Komentarz głównej bohaterki „A ty co tam chowasz kurwa” wzmacnia dodatkowo przekaz sceny.

Wkrótce mamy do czynienia z ogromnym zwrotem akcji, po tym jak Katarzyna każe mężczyźnie „wypierdalać”, siostrzenica proponuje jej miłosny trójkąt (kolejne nawiązanie do starożytnej kultury, w której stosunek płciowy kilku osób był tematem wielu dzieł. Bohaterka w krótkiej chwili przechodzi ogromne przeobrażenie, którego efektem jest zerwanie z dotychczasowym systemem wartości.
To co dzieje się dalej to ostateczny upadek kobiety. Z mądrej i rozważnej pani domu staje się niezaspokojonym seksualnym monstrum, dla której cielesność staje się źródłem pożywienia – wyśmiewanego wcześniej członka mężczyzny nazywa teraz „smacznym”.

Czy film “Podrywaczki 77 Numerek z chłopakiem siostrzenicy” to film dobry? Nie. Jest to film wybitny. Doskonale napisana główna postać, interesujące dialogi, zwrot akcji i trafne nawiązania do innych dzieł kultury. Czy potrzeba jeszcze jakiejś rekomendacji?

10/10

#7 “Mój stary to fanatyk wędkarstwa”

Mój stary to fanatyk wędkarstwa. Pół mieszkania zajebane wędkami, najgorzej. Średnio raz w miesiącu ktoś wdepnie w leżący na ziemi haczyk czy kotwicę i trzeba wyciągać w szpitalu, bo mają zadziory na końcu. W swoim dwudziestodwuletnim życiu już z 10 razy byłem na takim zabiegu. Tydzień temu poszedłem na jakieś losowe badania, to baba z recepcji jak mnie tylko zobaczyła, to kazała buta ściągać xD, bo myślała, że znowu hak w nodze.

Druga połowa mieszkania zajebana „Wędkarzem Polskim”, „Światem Wędkarza”, „Super Karpiem” xD itp. Co tydzień ojciec robi objazd po wszystkich kioskach w mieście, żeby skompletować wszystkie wędkarskie tygodniki. Byłem na tyle głupi, że nauczyłem go into internety, bo myślałem, że trochę pieniędzy zaoszczędzimy na tych gazetkach, ale teraz nie dosyć, że je kupuje, to jeszcze siedzi na jakichś forach dla wędkarzy i kręci gównoburze z innymi wędkarzami o najlepsze zanęty itp. Potrafi drzeć mordę do monitora albo wypierdolić klawiaturę za okno. Kiedyś ojciec mnie wkurwił, to założyłem tam konto i go trollowałem, pisząc w jego tematach jakieś losowe głupoty, typu „karasie jedzo guwno”. Matka nie nadążała z gotowaniem bigosu na uspokojenie. Aha, ma już na forum rangę SUM, za najebanie 10 tysięcy postów.

Jak jest ciepło, to co weekend zapierdala na ryby. Od jakichś pięciu lat w każdą niedzielę jem rybę na obiad, a ojciec pierdoli o zaletach jedzenia tego wodnego gówna. Jak się dostałem na studia, to stary przez tydzień pierdolił, że to dzięki temu, że jem dużo ryb, bo zawierają fosfor i mózg mi lepiej pracuje.

Co sobotę budzi ze swoim znajomym Mirkiem całą rodzinę o czwartej w nocy, bo hałasują, pakując wędki, robiąc kanapki itd.

Przy jedzeniu zawsze pierdoli o rybach i za każdym razem temat schodzi w końcu na Polski Związek Wędkarski, ojciec sam się nakręca i dostaje strasznego bólu dupy durr, niedostatecznie zarybiajo, tylko kradno hurr, robi się przy tym cały czerwony i odchodzi od stołu, klnąc, i idzie czytać Wielką Encyklopedię Ryb Rzecznych, żeby się uspokoić.

W tym roku sam sobie kupił na święta ponton. Oczywiście do wigilii nie wytrzymał, tylko już wczoraj go rozpakował i nadmuchał w dużym pokoju. Ubrał się w ten swój cały strój wędkarski i siedział cały dzień w tym pontonie na środku mieszkania. Obiad (karp) też w nim zjadł [cool][cześć].

Gdyby mnie na długość ręki dopuścili do wszystkich ryb w Polsce, tobym wziął i zapierdolił.

Jak któregoś razu, jeszcze w podbazie czy gimbazie, miałem urodziny, to stary jako prezent wziął mnie ze sobą na ryby w drodze wyjątku. Super prezent kurwo.

Pojechaliśmy gdzieś w pizdu za miasto, dochodzimy nad jezioro, a ojcu już się oczy świecą i oblizuje wargi, podniecony. Rozłożył cały sprzęt i siedzimy nad wodą, i patrzymy na spławiki. Po pięciu minutach mi się znudziło, więc włączyłem discmana, to mnie ojciec pierdolnął wędką po głowie, że ryby słyszą muzykę z moich słuchawek i się płoszą. Jak się chciałem podrapać po dupie, to zaraz krzyczał szeptem, żebym się nie wiercił, bo szeleszczę i ryby z wody widzą, jak się ruszam, i uciekają. Sześć godzin musiałem siedzieć w bezruchu i patrzeć na wodę jak w jakimś jebanym Guantanamo. Urodziny mam w listopadzie, więc jeszcze do tego było zimno jak sam skurwysyn. W pewnym momencie ojciec odszedł kilkanaście metrów w las i się spierdział. Wytłumaczył mi, że trzeba w lesie pierdzieć, bo inaczej ryby słyszą i czują.

Wspomniałem, że ojciec ma kolegę Mirka, z którym jeździ na ryby. Kiedyś towarzyszem wypraw rybnych był hehe Zbyszek. Człowiek o kształcie piłki z wąsem i 365 dni w roku w kamizelce BOMBER. Byli z moim ojcem prawie jak bracia, przychodził z żoną Bożeną na Wigilie do nas itd. Raz ojciec miał imieniny, Zbysio przyszedł na hehe kielicha. Najebali się i oczywiście cały czas gadali o wędkowaniu i rybach. Ja siedziałem u siebie w pokoju. W pewnym momencie zaczęli drzeć na siebie mordę, czy generalnie lepsze są szczupaki, czy sumy.

WEŹ MNIE NIE WKURWIAJ ZBYCHU, WIDZIAŁEŚ TY KIEDYŚ, JAKIE SZCZUPAK MA ZĘBY? CHAPS I RĘKA UJEBANA!

KURWA TADEK SUMY W POLSCE PO 80 KILO WAŻĄ, TWÓJ SZCZUPAK TO IM MOŻE NASKOCZYĆ.

CO TY MI O SUMACH PIERDOLISZ, JAK LEDWO UKLEJĘ POTRAFISZ Z WODY WYCIĄGNĄĆ. SZCZUPAK TO JEST KRÓL WODY JAK LEW JEST KRÓL DŻUNGLI.

No i aż się zaczęli nakurwiać, zapasy na dywanie w dużym pokoju, a ja z matką musieliśmy ich rozdzielać. Od tego czasu zupełnie zerwali kontakt. W zeszłym roku zadzwoniła żona Zbysia, że Zbysio spadł z rowerka, i zaprasza na pogrzeb. Odebrała akurat matka, złożyła kondolencje, odkłada słuchawkę i mówi o tym ojcu, a ojciec

I BARDZO KURWA DOBRZE.

Tak go za tego suma znienawidził.

Wspominałem też o arcywrogu mojego starego, czyli Polskim Związku Wędkarskim. Stał się on kompletną obsesją ojca i jak na przykład w telewizji mówią, że gdzieś było trzęsienie ziemi, to stary zawsze mamrocze pod nosem, że powinni w końcu coś o tych skurwysynach z PZW powiedzieć. Gazety niewędkarskie też przestał czytać, bo miał ból dupy, że o wędkarstwie polskim ani aferach w PZW nic się nie pisze.

Szefem koła PZW w mojej okolicy jest niejaki pan Adam. Jest on dla starego uosobieniem całego zła wyrządzonego polskim akwenom przez związek i ojciec przez wiele lat toczył z nim wojnę. Raz poszedł na jakieś zebranie wędkarskie, na którym występował Adam, i stary wrócił do domu z podartą koszulą, bo siłą go usuwali z sali, takie tam inby odpierdalał.

Po klęsce w starciu fizycznym ze zbrojnym ramieniem PZW ojciec rozpoczął partyzantkę internetową, polegającą na szkalowaniu PZW i Adama na forach lokalnych gazet. Napierdalał na niego jakieś głupoty, typu że Adam był tajnym współpracownikiem UB albo że go widział na ulicy, jak komuś gwoździem samochód rysował itd. Nie nauczyłem ojca into TOR, więc skończyło się bagietami za szkalowanie i stary musiał zapłacić Adamowi dwa tysiące złotych..

Jak płacił, to przez tydzień w domu się nie dało żyć, ojciec kurwił na przekupne sądy, PZW, Adama i w ogóle cały świat. Z jego pierdolenia wynikało, że PZW jak jacyś masoni rządzi całym krajem, pociąga za sznurki i ma wszędzie układy. Przeliczał też te dwa tysiące na wędki, haczyki czy łódki i dostawał strasznego bólu dupy, ile on by mógł na przykład zanęty waniliowej za te 2k kupić (kilkaset kilo).

Stary jakoś w zeszłym roku stwierdził, że koniecznie musi mieć łódkę do połowów, bo niby wypożyczanie za drogo wychodzi i wszyscy go chcą oszukać.

SYNEK, NA WODZIE TO SIĘ PRAWDZIWE OKAZY ŁAPIE! TAM JEST ŻYWIOŁ!

Ale nie było go stać ani nie miał jej gdzie trzymać, a hehe frajerem to on nie jest, żeby komuś płacić za przechowywanie, więc zgadał się z jakimiś wędkarzami z okolicy, że kupią łódkę na spółkę, ona będzie stała u jakiegoś Janusza, który ma dom, a nie mieszkanie w bloku jak my, na podjeździe, na przyczepie, którą ten Janusz ma, i się będą tą łódką dzielili albo będą jeździć łowić razem.

Na początku ta kooperatywa szła nawet nieźle, ale w któryś weekend ojciec się rozchorował i nie mógł z nimi jechać, i miał o to olbrzymi ból dupy. Jeszcze ci jego koledzy dzwonili, że ryby biorą jak pojebane, więc mój ojciec tylko leżał czerwony ze złości na kanapie i sapał z wkurwienia. Sytuację jeszcze pogarszało to, że nie miał na kogo zwalić winy, co zawsze robi. W końcu doszedł do wniosku, że to niesprawiedliwe, że oni łowią bez niego, bo przecież po równo się zrzucali na łódkę i w niedzielę wieczorem, jak te Janusze już wróciły z wyprawy, wyszedł nagle z domu.

Po godzinie wraca i mówi do mnie, że muszę mu pomóc z czymś przed domem. Wychodzę na zewnątrz, a tam nasz samochód z przyczepą i łódką xD. Pytam, skąd on ją wziął, a on mówi, że Januszowi zajebał z podjazdu przed domem, bo oni go oszukali, i żebym łapał z nim łódkę, i wnosimy do mieszkania xD. Na nic się zdało tłumaczenie, że zajmie cały duży pokój. Na szczęście łódka nie zmieściła się w drzwiach do klatki, więc stary stwierdził, że on ją przed domem zostawi.

Za pomocą jakichś łańcuchów, co były na łódce, i mojej kłódki od roweru przypiął ją do latarni i zadowolony chce iść wracać do mieszkania, a tu nagle przyjeżdżają dwa samochody z Januszami współwłaścicielami, którzy się domyślili, gdzie ich własność może się znajdować xD. Zaczęła się nieziemska inba, bo Janusze drą mordy, dlaczego łódkę ukradł i że ma oddawać, a ojciec się drze, że oni go oszukali i on 500 złotych się składał, a nie pływał w ten weekend. Ja starałem się załagodzić sytuację, żeby ojciec od nich nie dostał wpierdolu, bo było blisko.

Po kilkunastu minutach sytuacja wyglądała tak:
– Mój ojciec leży na ziemi, kurczowo trzyma się przyczepy i krzyczy, że nie odda.
– Janusze krzyczą, że ma oddawać.
– Jeden Janusz ma rozjebany nos, bo próbował leżącego ojca odciągnąć od łódki za nogę i dostał drugą nogą z kopa.
– Dwóch policjantów ciągnie ojca za nogi i mówi, że jedzie z nimi na komisariat, bo pobił człowieka.
– We wszystkich oknach dookoła stoją sąsiedzi.
– Moja stara płacze i błaga ojca, żeby zostawił łódkę, a policjantów, żeby go nie aresztowali.
– Ja: smutnazaba.psd.

W końcu policjanci oderwali starego od łodzi. Ja podałem Januszom kod do kłódki rowerowej i zabrali łódkę, rzucając wcześniej staremu 500 złotych i mówiąc, że nie ma już do łódki żadnego prawa i lepiej dla niego, żeby się nigdy na rybach nie spotkali. Matka ubłagała policjantów, żeby nie aresztowali ojca. Janusz, co dostał w mordę butem, powiedział, że on się nie będzie pierdolił z łażeniem po komisariatach i ma to w dupie, tylko ojca nie chce więcej widzieć.

Stary do tej pory robi z Januszami gównoburzę na forach dla wędkarzy, bo założyli tam specjalny temat, gdzie przestrzegali przed robieniem jakichkolwiek interesów z moim ojcem. Obserwowałem ten temat i widziałem, jak mój ojciec nieudolnie porobił trollkonta:

Szczepan54
Liczba postów: 1
Ten temat założyli jacyś idioci! Znam użytkownika stary_anona od dawna i to bardzo porządny człowiek i wspaniały wędkarz! Chcą go oczernić bo zazdroszczą złowionych okazów!

Potem jeszcze używał tych trollkont do prześladowania niedawnych kolegów od łódki. Jak któryś z nich zakładał jakiś temat, to ojciec się tam wpierdalał na trollkoncie i na przykład pisał, że chujowe ryby łapie i widać, że nie umie łowić xD.
Z tych samych trollkont udzielał się w swoich tematach i jak na przykład wrzucał zdjęcia złapanych przez siebie ryb, to sam sobie pisał NOOOO GRATULUJĘ OKAZU! WIDAĆ, ŻE DOŚWIADCZONY ŁOWCA! a potem się z tego cieszył i kazał oglądać mi i starej, jak go chwalą na forum.

#8 Pasta o Bałwanie

8:00 – Ulepiłem bałwana.
8:40 – Przechodząca feministka spytała, czemu nie bałwankę.
8:43 – Ulepiłem też bałwankę.
8:50 – Inna feministka poskarżyła się na fakt, że bałwanka ma piersi – w końcu to
uprzedmiotowienie kobiet.
8:54 – Para gejów z naprzeciwka przyszła ponarzekać, czemu nie ulepiłem dwóch bałwanów
jednak.
9:02 – Transseksualista/tka/”osoba” spytała, czemu nie zrobiłem po prostu bałwosoby z
doczepianymi i odczepianymi częściami.
9:15 – Weganie z sąsiedztwa wpadli z awanturą, iż marchewka to jest ich żywność a nie nos
dla bałwosób.
9:22 – Nazwano mnie rasistą, gdyż śnieżne postaci są ZBYT BIAŁE.
9:31 – Mój bliskowschodni sąsiad przyszedł z żądaniem, bym natychmiast ubrał bałwankę.
9:40 – Przyjechało czternaście radiowozów policji, gdyż studenci z pobliskiego uniwersytetu
poczuli się urażeni całą sytuacją.
9:42 – Feministka z sąsiedztwa złożyła drugą już skargę – tym razem na miotłę u bałwanki,
gdyż przypisuje ona stereotypowe role płciowe.
9:48 – Przewodniczący miejskiej komisji ds. równości przyszedł i grozi mi eksmisją.
9:55 – Pokazała się ekipa z telewizji, zadawali mi pytania czy jestem w stanie wskazać
różnice między bałwanem a bałwanką. Odpowiedziałem, iż śnieżne “kule” co chyba się im
nie spodobało. Następnie o godzinie
10:00 – pokazali mnie w TV oraz nazwali seksistą.
10:10 – Przyjechała opieka społeczna. Spytali, czy mam jakiś wspólników, po czym odebrali
mi dzieci.
10:19 – Skrajnie lewicowi demonstranci, urażeni wszystkim, urządzili marsz po mojej ulicy,
domagając się natychmiastowego aresztowania i skazania mojej skromnej osoby.
11:00 – Pojawiłem się w największych mediach na całym świecie jako rasista, seksista,
homofob, człowiek podejrzewany o terroryzm, który wykorzystuje pogodę do rozsiewania
nienawiści i niepokojów.
W południe śnieg stopniał.
Morału w sumie brak. Tak własnie wygląda świat wśród “płatków śniegu

#9 Studenckie życie

Bycie studentem bywa ciężkie. Ostatnio spotkałem kumpla z kierunku gdzieś w centrum
Wrocławia, szedł z walizką. To całkiem fajny gość, potrafi wyjebać pół litra ciurkiem i tylko trochę
się zrzygać. Szedł z walizką, to pytam, czy jedzie na jakieś wakacje czy coś, ale to była połowa
lutego, a jutro poprawka z egzaminu, więc coś mi się tu nie zgadzało, no ale to mądry gość, więc
pewnie zdał w pierwszym terminie. A on na to, że go wyjebali z uczelni. No i wtedy się
wkurwiłem.

Gość siedział nad książkami od rana do nocy czasami, czasem siedziałem razem z nim nawet,
zakuwał jak nikt na tej uczelni. Na imprezy prawie nie chodził, tylko może trzy razy poszedł z
nami gdzieś chlać (za każdym razem jebał pół litra na raz i za każdym razem rzygał trochę mniej,
za trzecim to mu już nawet nosem nie poleciało). Polskie szkolnictwo nie przygotowało nas na
studia i takie są efekty. Gość tak cholernie mądry i pełny motywacji i zaangażowania skończył
studia przedwcześnie, został z uczelni wyjebany. Jak mamy być dobrze przygotowani do studiów,
skoro w szkole nie uczymy się niczego konkretnego? Na fizyce nie ma żadnych realnych
pomysłów, wszystko to schematyczne, nierealne zadania i walenie w chuja. Na polskim uczymy
się literatury jakichś przedwiecznych dziadów, którzy zajebani w trupa pisali jakieś gówno, bo co
innego w tamtych czasach można było robić, a pani polonistka nam mówi, że mamy znaleźć
głębię w tekście o szczekających ludziach, o której sam autor powiedział, że tam żadnej głębi nie
ma, tylko się nafukał i napisał cokolwiek mu jego narkomański łeb podsunął. Na matematyce
uczymy się bezużytecznych równań i teorii, które rzekomo do wszystkiego się przydają.
Pamiętam, że matematyczka powiedziała mi, że do zapisów dużych liczb używa się bardzo
często logarytmów. I wiecie co, sprawdziłem to i taki chuj, nikt nie używa kurwa logarytmów, bo
po co XD.

Historia opowiada nam jakieś kurwa opowiastki o wielkich generałach, którzy to napierdalali jak
leci a później ginęli bo ktoś inny też napierdalał jak leci. No to już kurwa ósmy sezon GOTa miał
lepszą fabułę.

O biologii i chemii już nie wspominając, bo w sumie nie chodziłem, to nie wiem, ale zakładam, że
też chujowe były.

Polskie szkolnictwo nie dało nam przygotowania ani do życia ani do studiów. Człowiek tak
inteligentny i zdeterminowany wyrzucony ze studiów… aż szkoda gadać, jak wielkich zmian
potrzeba, żeby cokolwiek się w tym chorym systemie zmieniło. Byłem po prostu zbulwersowany,
bo to była jawna niesprawiedliwość. Żadnej drugiej szansy, żadnej możliwości poprawy, żadnego
pożegnania ani szacunku. Po prostu wypierdalaj i tyle.

Po prostu nie wiedziałem, co mam mu odpowiedzieć. Zatkało mnie. Spytałem go, czy mu się
ECTSy nie zgadzały i wyjebali go za przekroczenie deficytu, a on odpowiedział, że wyjebali go bo
sprzedawał grzyby na kampusie i profesor od grafiki inzynierskiej go złapał

#10 Rychu Peja

Opowiem wam moją historię. Od jakiegoś czasu miałem pewien problem. Codziennie od godziny
siódmej rano łapały mnie straszne bóle. Ale nie takie zwykłe bóle. Najgorsze bóle jakie możecie sobie
wyobrazić. Bolało mnie dosłownie wszystko. Nogi, ręce, brzuch, oczy, głowa, nos, palce, kości,
mięśnie, a nawet włosy czy krew. Ból penetrował każdy milimetr mojego ciała. Nie pomagały leki
przeciwbólowe, alkohol, dragi. Nic. Skręcało mnie z bólu. Ból zawsze zaczynał się o 7 rano, a kończył
o 16. W tym czasie zawsze leżałem w łóżku zawinięty w kokon kołdrą i krzyczałem, a łzy mimowolnie
leciały mi po policzkach. Gdy wybijała 16, wszystko przechodziło, jak za dotknięciem czarodziejskiej
różdżki. Codziennie czas między 7 a 16 był dla mnie piekłem. Postanowiłem, że nie mogę tego tak
zostawić i poszedłem do lekarza. Oczywiście po 16, gdy ból ustępował. Lekarz mnie obejrzał, zrobił
milion badań, dał milion skierowań na przeróżne badania i nic nie znalazł. Wszystkie badania wyszły
bardzo dobrze. Byłem zdrów jak koń, jednak ból i tak codziennie się pojawiał. Lekarz powiedział, że
ból ten musi mieć podłoże psychologiczne. Wysłał mnie do najlepszego psychologa w kraju. Nie
zwlekając pojechałem do niego. Jedyne o czym marzyłem, to żeby mi jak najszybciej pomógł. Czułem
ze niedługo mogę nie wytrzymać tego bólu. Po dojechaniu na miejsce, wszedłem do gabinetu
psychologa. Odbyliśmy bardzo długą rozmowę. Wypytywał mnie o milion rzeczy. Czy przechodziłem
jakieś traumy w życiu, czy tęsknię za kimś, czy się kiedyś nie zesralem w majty. Po serii pytań, zaczął
analizować moje odpowiedzi, które starannie notował w swym zeszyciku. Kazał wyjść na zewnątrz i
dać mu chwilę. Wyszedłem na dwór na papierosa. Wgapiałem się w niebo marząc o tym, że zaraz
mnie zawoła, przepisze jakieś psychotropy i wszystko będzie ok. Po upływie około godziny usłyszałem
wołanie do gabinetu. Szybko zgasiłem chyba 9 peta którego zdążyłem przez ten czas wypalić i
pobiegłem do psychologa. Jego mina mówiła wszystko. On nie wie co mi jest. Załamałem się.
Myślałem, że już nie ma nadziei. Doktor jednak wyciągnął kartkę i zapisał jakieś imię i nazwisko.
-Kto to? – spytałem.
-Twój problem nie leży w psychologii. Ma naturę, której medycyna i psychologia nie potrafią wyjaśnić.
Na kartce zapisałem Ci dane znajomego księdza egzorcysty. Może on pomoże.
Nie zwlekając, podziękowałem psychologowi i udałem się do owego księdza. Było już dość późno,
lecz na szczęście światło na plebani było zapalone. Zapukałem. Otworzył mi wysoki gość w sutannie i
koloratce. Zaprosił mnie bez zbędnych słów gestem ręki do środka. On już znał sprawę. Psycholog
musiał do niego zadzwonić i wszystko mu opisać. Kazał mi się rozebrać do majtek i położyć na ziemi.
Wziął święconą wodę i zaczął mnie nią oblewać krzycząc:
-DORIMEEEEEEEE!
Po całym zabiegu ubrałem się. Wstając ksiądz powiedział, że wątpi że to pomoże. Zawsze przy
egzorcyzmach opętani krzyczą, plują, rzygają. Ja leżałem cichutko. Wziął długopis, kartkę i zapisał
jakiś dziwny adres.
-Jeżeli moje egzorcyzmy nie pomogą, udaj się tam. Nie potrzebujesz dalszych instrukcji. Po dotarciu
na miejsce będziesz wiedział co robić.
Podziękowałem, dałem na remont dachu kościoła i wróciłem do domu. Położyłem się spać. O 7 rano
znów obudził mnie okropny ból wszystkiego. Byłem załamany. Zwinięty w kokon, krzycząc z cierpienia
gapiłem się w zegar wyczekując godziny 16. Gdy tylko wybiła od razu wyjąłem kartkę od księdza.
-Mannheim, Dupenstrasse 21/37. Kuwa… – pomyślałem. Niemcy. No nic. Trudno. Trzeba tam jechać. To moja ostatnia nadzieja. Spakowałem najniezbędniejsze rzeczy i nie tracąc czasu wsiadłem w auto. Po 10 godzinach drogi byłem na miejscu. Moim oczom ukazało się ogromne pole truskawek. Wysiadłem z auta. -Co do kuwy… Czy ja dobrze trafiłem? Czy księżulek mnie zrobił w bambuko? – zapytałem sam
siebie.
Spojrzałem na zegarek. Była godzina 6:55. O nie… To zaraz się zacznie. Ogarnęła mnie panika.
Wtem nagle zza rogu wyłoniła się postać na rowerze w kapturze. Na bagażniku miała z 30 łubianek na
truskawki. Zatrzymała się, zdjęła jedną z bagażnika i udała się w pole zbierać truskawki. Gdy tylko się
schyliła ból przeszył moje ciało. Zakrzyknąłem. Chwiejnym krokiem, jęcząc podszedłem do tajemniczej
postaci. Chwyciłem ją za kaptur i szybkim ruchem zdjąłem go.
-OKUWA – wykrzyknąłem mimowolnie. To był Rychu Peja. -CO CIĘ BOLI, CZY AŻ TAK CIĘ TO BOLI, ŻE RYCHU PEJA MA SZANSĘ UCZCIWIE ZAROBIĆ? – zarapował mi w ryj i pobiegł wgłąb pola. Rzuciłem się za nim w pogoń. Gdy biegliśmy, a on nie pracował nic mnie nie bolało. Gdy jednak wbiegliśmy do centrum miasta, biegnąc zaczął myć ludziom szyby w autach w korku. W tym momencie upadałem zwijając sie z bólu. Uciekł mi. Wróciłem do Polski, bo wiedziałem że nie mogę mu zabronić uczciwie pracować. Teraz robi chyba na nocki, bo w nocy mnie wszystko napierala.

Źródło: internet

Więcej z NoweMedium.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.